sobota, 7 grudnia 2013

Wpis IV


Wpis IV

~Mój własny zabójca~

- Dobrze podpiszę z nim ten traktat, ale ja jestem przecież tylko rekrutką.- Strach zajrzał mi głęboko w oczy.
-Owszem. Dlatego od razu zajmiemy się rekrutacją.- Indygo podszedł do biurka i zaczął przewalać coś w papierach.
- Ale jak to!? Tak od razu, przecież mam niesprawną rękę! - Ze strachu w brzuchu zaczęło mnie skręcać.
- No tak, a co ma ręka do picia? - Wampir ustał przede mną z dziwna fiolką w ręku.
- Ale co mam wypić?! -Odruchowo zrobiłam krok w tył.
- To co jest w tej fiolce, nie bój się to nic nie boli. - Zarechotał złowieszczo. - Do tego nie potrzeba świadków wystarczy, że ja jestem przy tym.
 O mój boże, mam marne szanse na ucieczkę. Jeśli nawet bym uciekła to gdzie się podzieje... Fuck. Dobra raz się żyje, chyba że jest się kotem.
- No dobrze, co mnie nie zabije to rozpieprzy psychicznie. -Wyciągnęłam rękę po fiolkę.
- Wypij do dna. - Odetknął buteleczkę z ciemnym płynem i podał mi ją.
Spojrzałam się na Indygo i na fiolkę.
- No to zdrowie. - Machnęłam butelką w geście toastu i przechyliłam ja wypijając całą zawartość.
Poczułam w ustach smak rdzy mieszający się z goryczą. Nagle zrobiło mi się słabo, próbowałam się czegoś złapać, ale nie udolnie.
- C-co to było? - Moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa chwiejąc się na boki.
- Krew mrocznego pomiotu. - Jak przez mgle widziałam Indygo, który stał zaledwie kilka centymetrów ode mnie.
-Co?!!  A-ale ja... - Nie skończyłam mówić, a już leżałam na ziemi. Czarne plamy przed oczami robiły się coraz rozleglejsze, aż w końcu ciemność....

*******
Tyle barw mam przed oczami i ten ból głowy. Próbowałam się czegoś złapać, aby się podnieść.
- Cleo!! Otwórz oczy! - Ktoś mną zaczął mocno szarpać.
Uchyliłam oko, nade mną klękał Indygo razem z jakimś innym mężczyzną.
- Nie szarp mną, bo zaraz mi głowa pęknie. - Wymruczałam z trudem podnosząc się z podłogi.
- Spokojnie .-Indygo wziął mnie pod ręce, pomógł wstać i posadził na krześle.
Jeszcze cały świat mi wirował przed oczami.
Nieznajomy mężczyzna podszedł do mnie i ukucnął.
Miał długie za ramiona, czerwone i niczym nie związane  włosy. Jego zielone oczy kontrastowały z lekko ciemnawą skórą.
- Nawet nie wiesz, jakie to szczęście ze przeżyłaś.
- Przeżyłam?! - Zerwałam się z krzesła przewracając je. - Ty chciałeś mnie zabić?! - Zwróciłam się do Indygo.
- Oczywiście że nie, tylko nie każdy przeżywa wypicie krwi. -Wampir nonszalancko odrzucił warkocz z ramienia na plecy.
Jego spokojny ton mnie dobija.
-To mogłeś uwzględnić np. Że to jest krew tego mrocznego czegoś i mogę umrzeć po jednym łyku!
-Wiem, mogłem ci powiedzieć, no ale wtedy byś nie wypiła. -Wampir podszedł do mnie.
- No co ty? Ale jesteś spostrzegawczy!! - Odsunęłam się od niego. Rozejrzałam się po pokoju szukając drzwi.
- Ale spójrz na to z innej strony. Jesteś wybranką, więc krew pomiotu cię nie zabije. - Indygo podniósł krzesło, które wcześniej przewróciłam.
 Teraz nie wiem, czy mam olać go tym samym wychodząc z spektakularnym jebnięciem drzwiami o ścianę.
- Usiądź proszę, trzeba jeszcze obejrzeć twoją ranę. -Nieznajomy wskazał na krzesełko, obok którego stał ten krwiopijca.
 Nie mam dużego wyboru, odwrócenie się i wyjście grozi utratą życia poprzez wypicie mojej krwi i zgwałcenie zwłok.
- Dobrze. - Syknęłam, opluwając się jadem.
- No, jak miło, ja idę po Felixa żeby przyszedł i zaprowadził cię do Zevrana, a Alex w tym czasie cię zbada. - Edward ze Zmierzchu obrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami.
 Zaraz czeka mnie spotkanie fejs tu fejs razem z moim niedoszłym zabójcą... Zajekurdeświetnie.
- Pokaż mi tę rękę, moja miła. - Alex zaczął delikatnie odwijać bandaż. - Mocno cię boli jak nią ruszasz?
- Nie, w sumie to tylko delikatnie szczypie.
 W spojrzeniu tego chłopaka było coś dziwnego, coś pomiędzy szaleństwem a troską.
- To dobrze, zaraz nasmaruję ranę i założę czysty opatrunek. Za parę dni powinna się zabliźnić.
Milczałam cały czas obserwując bacznie ruchy Alexa. Ma bardzo zwinne ręce, nie zdążyłam się obejrzeć, a już miałam ściągnięty bandaż.
- Teraz może ciut zaszczypać. - Chłopak wyjął ze skórzanej sakwy dziwny woreczek i otworzył go. - Gotowa?
- Emmmm tak? - Spojrzałam na ranę i na jakiś niebieski proszek, który wysypał sobie na rękę Alex.
- No to dobrze. - Przylożył mi dłoń z proszkiem do rany.
- Aaaaaaaaa! Co za ból! - Wrzasnęłam odskakując na bok.
- Ostrzegałem.
- Tak, ale to miało trochę zaszczypać. A ten ból można porównać do obdzierania ze skóry.
- Masz racje, mogłem ostrzec, że to trochę bardziej boli, przepraszam. - Alex schował proszek i wyciągnął długi, wąski pasek białego materiału. - Teraz tylko zawinę ranę i będzie na tyle.
- Dobrze. - Znów podeszłam do chłopaka.
 Jego zwinne ręce mnie naprawdę fascynują, no bo jak można z taka szybkością przeplatać bandaż między palcami i owijać go na ręku.
Opatrywanie ręki trwało zaledwie kilka sekund. Kiedy Alex skończył drzwi gabinetu gwałtownie się otworzyły.
- Już skończyliście? - A oto Indygo Elliero, wampir, który kazał mi siorbać krew mrocznego pomiotu. A żeby cię grom z jasnego nieba pizdnął...
- Tak. - Czerwonowłosy zgarnął swoją sakwę z ziemi i skierował się ku drzwiom. - Ja już będę musiał iść. W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać, a ty Strażniczko nie przemęczaj się. - Machnął gałęzią na do widzenia i wyjebał z tej jaskini lwa.

 Ta Strażniczka to chyba ja. Jestem tu zaledwie kilka dni, a już mam własny tytuł.... Fuck Yeah.
- Cleo chodź, Felix już na ciebie czeka. - Edzio najwyraźniej nie miał ochoty czekać na mnie i sam ruszył na korytarz.
 Podniosłam swoje szanowne cztery litery i popędziłam za wampirem.
Szliśmy jakimiś chuj wie ciemnymi korytarzami. Słońce już dawno zaszło, więc w zamku panował mrok, jak w murzyńskiej chacie. Mineliśmy sale tronową, przeszlimy dziedziniec i znów weszliśmy do innej części zamku. Obok wejścia czekał już Felix.
- Atrass Vala Cleo, miło cię widzieć.
- Ciebie tez Felixie. - Uśmiechnęłam się do niego.
- Tu cie zostawiam. Jutro powiesz mi jak ci poszło, bo teraz król mnie wzywa. Poproś Felixa, on cie odprowadzi do twojej komnaty.
- Dobrze.
- No to miłej nocy, Strażniczko. - Indygo uśmiechnął się, a mi po plecach ciarki przeszły.
- Emm, nawzajem. - Powiedziałam tak cicho, że wątpię, aby to usłyszał.
- Możemy już iść? - Felix ustał obok i przyglądał mi się.
- Tak.
- W takim razie proszę za mną.
 Weszliśmy do dziwnego pomieszczenia, zaraz na końcu znajdowały się drzwi. Skierowaliśmy się ku nim, prowadziły one najwyraźniej do lochów. Z każdym krokiem miałam coraz gorsze przeczucia. Kiedy już zeszliśmy na dól Felix się zatrzymał.
- Jego cela to czwarta zaraz po prawej.
- A ty nie idziesz ze mną. - O jebane, sam na sam ze skrytobójcą...
-Nie mogę, ja zaczekam na ciebie na górze. - Elf uśmiechnął się pogodnie i uciekł po schodach.
 Pięknie...
Ale co ja mam mu powiedzieć, on przecież chciał mnie ZABIĆ.
No dobra lecimy na spontana.
Świece oświetlały korytarz
, po obydwu stronach znajdowały się puste cele. Korytarz za mną i przede mną wydawał się nie mieć końca. Zapach stęchlizny pięknie dopełniał całość.

Odliczałam cele po prawej stronie i kiedy już doszłam do czwartej serce mi stanęło.
- Witam cię, strażniczko. - W celi stał młody chłopak o śniadej cerze, blond włosach do ramion, piwnych oczach. Wzrostu był mniej więcej mojego, no może trochę wyższy.
- Dobry wieczór. - Oddech mi przyśpieszył ze strachu.
- Nazywam się Zevran Arainai, jestem, a raczej bylem jednym z najlepszych Antivańskich Kruków. - Elf podszedł bliżej krat, które nas dzieliły.
 Dopiero teraz w lepszym świetle zauważyłam, że chłopak ma tatuaż na skroni który schodził na policzek: trzy ozdobne linie obok siebie.
Milczałam nie wiedząc co powiedzieć, a z każdą chwilą moje tętno przyśpieszało.
-Więc mogę wiedzieć, czemu zawdzięczam tę wizytę dzień przed moją egzekucją i to jeszcze przyszła porozmawiać ze mną ta, którą miałem zabić. - Jego ton był spokojny. Mimo że jutro czeka go śmierć to on nie histeryzuje.
- Mam dla ciebie tak jakby propozycję. - Mój strach jest nie do opisania.
- Propozycję powiadasz. No to słucham.
- Chcę abyś dołączył do mojej drużyny zobowiązuje cie do tego traktat wrebunku. - Mam nadzieję, że dobrze to ujęłam.
- Ty chcesz mi uratować życie, mimo że targnąłem się na twoje? - Zevran odsunął się od krat i wpatrywał we mnie z niedowierzaniem. - Do tego chcesz, abym z tobą podróżował. Jesteś w stanie mi zaufać?
- Tak i jeżeli ty mnie zdradzisz to nie licz na żaden akt łaski. -Uspokoiłam się, myślałam, że ta rozmowa będzie trudniejsza.
- A wiesz, najśmieszniejsze jest to, że czuję się podle, kiedy pomyślę o zabiciu ciebie. Mimo ze Kruk nie powinien mieć żadnych skrupułów ani słabości, a jednak.... Patrząc w twoje piękne oczy widzę bratnią duszę. - Zevran znów oparł się o kraty zatapiając we mnie spojrzenie.
- Emmmmm to mam rozumieć, że podpiszesz traktat? - Co ja robię...
- Tak. A wiesz co jest piękniejsze od twoich oczu? Twój uśmiech. - Elf odszedł od krat i ukucnął przy ścianie. - Mam rozumieć, że jutro mnie wypuścicie?
- Tak, no to miłej nocy. - Obróciłam się speszona i szybko poszłam do Felixa.
- I jak? - Felix już czekał na mnie z lampionem.
- Chyba dobrze. - Mogłam w końcu odetchnąć.
- No to dobrze. Chodź zaprowadzę cię do pokoju, bo jest już późno. A i nie martw się kolacją, już tam na ciebie czeka. - Elf uśmiechnął się zalotnie.
 Szliśmy korytarzami w milczeniu, nocny, ciepły wiatr wpadający przez okiennice owiewał mi twarz. Nie wiem czemu, ale zaczyna mi się tu nawet podobać.
- No to miłej nocy, Strażniczko. - Felix puścił mi oczko.
Weszłam do pokoju odwracając się do niego.
- I wzajemnie. - Uśmiechnęłam się do elfa po czym zamknęłam drzwi.
 Nareszcie spokój i cisza. Na stoliku stal talerz z chlebem i jakimś pieczonym kawałkiem mięsa. Tak szczerze to nawet głodna nie jestem.
Rozejrzałam się po pokoju szukając moich spodni. Wisiały na wieszaczku przy szafie.
Podeszłam i zaczęłam przeszukiwać kieszenie.
- Mam! - Triumfalnie wyciągnęłam z tylnej kieszeni paczkę Malboro.
 Zgarnęłam z kominka zapalniczkę i podeszłam do okna.
- No tak, zostało mi tylko 10 szlugów. I jak ja tu wytrzymam bez dziennej dawki nikotyny? - Zamruczałam do siebie odpalając papierosa, a resztę fajek rzucając na półkę przy oknie.
- Tak, tego mi brakowało.
 Zaciągnęłam się tak mocno, że aż mi się w głowie zakręciło. Z każdym buchem było mi co raz lepiej, aż w końcu doszłam do filtra parząc sobie palce.
Zgasiłam peta o parapet i wrzuciłam do kominka, w którym buchał przyjemny ogień.
Zasłoniłam okno, pozapalałam parę świeczek i zgarnęłam ze stołu kawałek chleba. Rzuciłam się na łóżko cały czas myśląc o rozmowie z Zevranem. On nie wydawał się zły, ale nie zapominajmy, że to on chciał mnie zabić.
Zjadłam chleb, jeszcze raz przeanalizowałam cały dzisiejszy dzień, po czym zrobiło mi się błogo i w końcu zasnęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz