Wpis IV
~Mój własny zabójca~
-Owszem. Dlatego od razu zajmiemy się rekrutacją.- Indygo podszedł do biurka i zaczął przewalać coś w papierach.
- Ale jak to!? Tak od razu, przecież mam niesprawną rękę! - Ze strachu w brzuchu zaczęło mnie skręcać.
- No tak, a co ma ręka do picia? - Wampir ustał przede mną z dziwna fiolką w ręku.
- Ale co mam wypić?! -Odruchowo zrobiłam krok w tył.
- To co jest w tej fiolce, nie bój się to nic nie boli. - Zarechotał złowieszczo. - Do tego nie potrzeba świadków wystarczy, że ja jestem przy tym.
O mój boże, mam marne szanse na ucieczkę. Jeśli nawet bym uciekła to gdzie się podzieje... Fuck. Dobra raz się żyje, chyba że jest się kotem.
- No dobrze, co mnie nie zabije to rozpieprzy psychicznie. -Wyciągnęłam rękę po fiolkę.
- Wypij do dna. - Odetknął buteleczkę z ciemnym płynem i podał mi ją.
Spojrzałam się na Indygo i na fiolkę.
- No to zdrowie. - Machnęłam butelką w geście toastu i przechyliłam ja wypijając całą zawartość.
Poczułam w ustach smak rdzy mieszający się z goryczą. Nagle zrobiło mi się słabo, próbowałam się czegoś złapać, ale nie udolnie.
- C-co to było? - Moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa chwiejąc się na boki.
- Krew mrocznego pomiotu. - Jak przez mgle widziałam Indygo, który stał zaledwie kilka centymetrów ode mnie.
-Co?!! A-ale ja... - Nie skończyłam mówić, a już leżałam na ziemi. Czarne plamy przed oczami robiły się coraz rozleglejsze, aż w końcu ciemność....
*******
Tyle barw mam przed oczami i ten ból głowy. Próbowałam się czegoś złapać, aby się podnieść.
- Cleo!! Otwórz oczy! - Ktoś mną zaczął mocno szarpać.
Uchyliłam oko, nade mną klękał Indygo razem z jakimś innym mężczyzną.
- Nie szarp mną, bo zaraz mi głowa pęknie. - Wymruczałam z trudem podnosząc się z podłogi.
- Spokojnie .-Indygo wziął mnie pod ręce, pomógł wstać i posadził na krześle.
Jeszcze cały świat mi wirował przed oczami.
Nieznajomy mężczyzna podszedł do mnie i ukucnął.
Miał długie za ramiona, czerwone i niczym nie związane włosy. Jego zielone oczy kontrastowały z lekko ciemnawą skórą.
- Nawet nie wiesz, jakie to szczęście ze przeżyłaś.
- Przeżyłam?! - Zerwałam się z krzesła przewracając je. - Ty chciałeś mnie zabić?! - Zwróciłam się do Indygo.
- Oczywiście że nie, tylko nie każdy przeżywa wypicie krwi. -Wampir nonszalancko odrzucił warkocz z ramienia na plecy.
Jego spokojny ton mnie dobija.
-To mogłeś uwzględnić np. Że to jest krew tego mrocznego czegoś i mogę umrzeć po jednym łyku!
-Wiem, mogłem ci powiedzieć, no ale wtedy byś nie wypiła. -Wampir podszedł do mnie.
- No co ty? Ale jesteś spostrzegawczy!! - Odsunęłam się od niego. Rozejrzałam się po pokoju szukając drzwi.
- Ale spójrz na to z innej strony. Jesteś wybranką, więc krew pomiotu cię nie zabije. - Indygo podniósł krzesło, które wcześniej przewróciłam.
Teraz nie wiem, czy mam olać go tym samym wychodząc z spektakularnym jebnięciem drzwiami o ścianę.
- Usiądź proszę, trzeba jeszcze obejrzeć twoją ranę. -Nieznajomy wskazał na krzesełko, obok którego stał ten krwiopijca.
Nie mam dużego wyboru, odwrócenie się i wyjście grozi utratą życia poprzez wypicie mojej krwi i zgwałcenie zwłok.
- Dobrze. - Syknęłam, opluwając się jadem.
- No, jak miło, ja idę po Felixa żeby przyszedł i zaprowadził cię do Zevrana, a Alex w tym czasie cię zbada. - Edward ze Zmierzchu obrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami.
Zaraz czeka mnie spotkanie fejs tu fejs razem z moim niedoszłym zabójcą... Zajekurdeświetnie.
- Pokaż mi tę rękę, moja miła. - Alex zaczął delikatnie odwijać bandaż. - Mocno cię boli jak nią ruszasz?
- Nie, w sumie to tylko delikatnie szczypie.
W spojrzeniu tego chłopaka było coś dziwnego, coś pomiędzy szaleństwem a troską.
- To dobrze, zaraz nasmaruję ranę i założę czysty opatrunek. Za parę dni powinna się zabliźnić.
Milczałam cały czas obserwując bacznie ruchy Alexa. Ma bardzo zwinne ręce, nie zdążyłam się obejrzeć, a już miałam ściągnięty bandaż.
- Teraz może ciut zaszczypać. - Chłopak wyjął ze skórzanej sakwy dziwny woreczek i otworzył go. - Gotowa?
- Emmmm tak? - Spojrzałam na ranę i na jakiś niebieski proszek, który wysypał sobie na rękę Alex.
- No to dobrze. - Przylożył mi dłoń z proszkiem do rany.
- Aaaaaaaaa! Co za ból! - Wrzasnęłam odskakując na bok.
- Ostrzegałem.
- Tak, ale to miało trochę zaszczypać. A ten ból można porównać do obdzierania ze skóry.
- Masz racje, mogłem ostrzec, że to trochę bardziej boli, przepraszam. - Alex schował proszek i wyciągnął długi, wąski pasek białego materiału. - Teraz tylko zawinę ranę i będzie na tyle.
- Dobrze. - Znów podeszłam do chłopaka.
Jego zwinne ręce mnie naprawdę fascynują, no bo jak można z taka szybkością przeplatać bandaż między palcami i owijać go na ręku.
Opatrywanie ręki trwało zaledwie kilka sekund. Kiedy Alex skończył drzwi gabinetu gwałtownie się otworzyły.
- Już skończyliście? - A oto Indygo Elliero, wampir, który kazał mi siorbać krew mrocznego pomiotu. A żeby cię grom z jasnego nieba pizdnął...
- Tak. - Czerwonowłosy zgarnął swoją sakwę z ziemi i skierował się ku drzwiom. - Ja już będę musiał iść. W razie czego wiesz, gdzie mnie szukać, a ty Strażniczko nie przemęczaj się. - Machnął gałęzią na do widzenia i wyjebał z tej jaskini lwa.
Ta Strażniczka to chyba ja. Jestem tu zaledwie kilka dni, a już mam własny tytuł.... Fuck Yeah.
- Cleo chodź, Felix już na ciebie czeka. - Edzio najwyraźniej nie miał ochoty czekać na mnie i sam ruszył na korytarz.
Podniosłam swoje szanowne cztery litery i popędziłam za wampirem.
Szliśmy jakimiś chuj wie ciemnymi korytarzami. Słońce już dawno zaszło, więc w zamku panował mrok, jak w murzyńskiej chacie. Mineliśmy sale tronową, przeszlimy dziedziniec i znów weszliśmy do innej części zamku. Obok wejścia czekał już Felix.
- Atrass Vala Cleo, miło cię widzieć.
- Ciebie tez Felixie. - Uśmiechnęłam się do niego.
- Tu cie zostawiam. Jutro powiesz mi jak ci poszło, bo teraz król mnie wzywa. Poproś Felixa, on cie odprowadzi do twojej komnaty.
- Dobrze.
- No to miłej nocy, Strażniczko. - Indygo uśmiechnął się, a mi po plecach ciarki przeszły.
- Emm, nawzajem. - Powiedziałam tak cicho, że wątpię, aby to usłyszał.
- Możemy już iść? - Felix ustał obok i przyglądał mi się.
- Tak.
- W takim razie proszę za mną.
Weszliśmy do dziwnego pomieszczenia, zaraz na końcu znajdowały się drzwi. Skierowaliśmy się ku nim, prowadziły one najwyraźniej do lochów. Z każdym krokiem miałam coraz gorsze przeczucia. Kiedy już zeszliśmy na dól Felix się zatrzymał.
- Jego cela to czwarta zaraz po prawej.
- A ty nie idziesz ze mną. - O jebane, sam na sam ze skrytobójcą...
-Nie mogę, ja zaczekam na ciebie na górze. - Elf uśmiechnął się pogodnie i uciekł po schodach.
Pięknie...
Ale co ja mam mu powiedzieć, on przecież chciał mnie ZABIĆ.
No dobra lecimy na spontana.
Świece oświetlały korytarz, po obydwu stronach znajdowały się puste cele. Korytarz za mną i przede mną wydawał się nie mieć końca. Zapach stęchlizny pięknie dopełniał całość.
Odliczałam cele po prawej stronie i kiedy już doszłam do czwartej serce mi stanęło.
- Witam cię, strażniczko. - W celi stał młody chłopak o śniadej cerze, blond włosach do ramion, piwnych oczach. Wzrostu był mniej więcej mojego, no może trochę wyższy.
- Dobry wieczór. - Oddech mi przyśpieszył ze strachu.
- Nazywam się Zevran Arainai, jestem, a raczej bylem jednym z najlepszych Antivańskich Kruków. - Elf podszedł bliżej krat, które nas dzieliły.
Dopiero teraz w lepszym świetle zauważyłam, że chłopak ma tatuaż na skroni który schodził na policzek: trzy ozdobne linie obok siebie.
Milczałam nie wiedząc co powiedzieć, a z każdą chwilą moje tętno przyśpieszało.
-Więc mogę wiedzieć, czemu zawdzięczam tę wizytę dzień przed moją egzekucją i to jeszcze przyszła porozmawiać ze mną ta, którą miałem zabić. - Jego ton był spokojny. Mimo że jutro czeka go śmierć to on nie histeryzuje.
- Mam dla ciebie tak jakby propozycję. - Mój strach jest nie do opisania.
- Propozycję powiadasz. No to słucham.
- Chcę abyś dołączył do mojej drużyny zobowiązuje cie do tego traktat wrebunku. - Mam nadzieję, że dobrze to ujęłam.
- Ty chcesz mi uratować życie, mimo że targnąłem się na twoje? - Zevran odsunął się od krat i wpatrywał we mnie z niedowierzaniem. - Do tego chcesz, abym z tobą podróżował. Jesteś w stanie mi zaufać?
- Tak i jeżeli ty mnie zdradzisz to nie licz na żaden akt łaski. -Uspokoiłam się, myślałam, że ta rozmowa będzie trudniejsza.
- A wiesz, najśmieszniejsze jest to, że czuję się podle, kiedy pomyślę o zabiciu ciebie. Mimo ze Kruk nie powinien mieć żadnych skrupułów ani słabości, a jednak.... Patrząc w twoje piękne oczy widzę bratnią duszę. - Zevran znów oparł się o kraty zatapiając we mnie spojrzenie.
- Emmmmm to mam rozumieć, że podpiszesz traktat? - Co ja robię...
- Tak. A wiesz co jest piękniejsze od twoich oczu? Twój uśmiech. - Elf odszedł od krat i ukucnął przy ścianie. - Mam rozumieć, że jutro mnie wypuścicie?
- Tak, no to miłej nocy. - Obróciłam się speszona i szybko poszłam do Felixa.
- I jak? - Felix już czekał na mnie z lampionem.
- Chyba dobrze. - Mogłam w końcu odetchnąć.
- No to dobrze. Chodź zaprowadzę cię do pokoju, bo jest już późno. A i nie martw się kolacją, już tam na ciebie czeka. - Elf uśmiechnął się zalotnie.
Szliśmy korytarzami w milczeniu, nocny, ciepły wiatr wpadający przez okiennice owiewał mi twarz. Nie wiem czemu, ale zaczyna mi się tu nawet podobać.
- No to miłej nocy, Strażniczko. - Felix puścił mi oczko.
Weszłam do pokoju odwracając się do niego.
- I wzajemnie. - Uśmiechnęłam się do elfa po czym zamknęłam drzwi.
Nareszcie spokój i cisza. Na stoliku stal talerz z chlebem i jakimś pieczonym kawałkiem mięsa. Tak szczerze to nawet głodna nie jestem.
Rozejrzałam się po pokoju szukając moich spodni. Wisiały na wieszaczku przy szafie.
Podeszłam i zaczęłam przeszukiwać kieszenie.
- Mam! - Triumfalnie wyciągnęłam z tylnej kieszeni paczkę Malboro.
Zgarnęłam z kominka zapalniczkę i podeszłam do okna.
- No tak, zostało mi tylko 10 szlugów. I jak ja tu wytrzymam bez dziennej dawki nikotyny? - Zamruczałam do siebie odpalając papierosa, a resztę fajek rzucając na półkę przy oknie.
- Tak, tego mi brakowało.
Zaciągnęłam się tak mocno, że aż mi się w głowie zakręciło. Z każdym buchem było mi co raz lepiej, aż w końcu doszłam do filtra parząc sobie palce.
Zgasiłam peta o parapet i wrzuciłam do kominka, w którym buchał przyjemny ogień.
Zasłoniłam okno, pozapalałam parę świeczek i zgarnęłam ze stołu kawałek chleba. Rzuciłam się na łóżko cały czas myśląc o rozmowie z Zevranem. On nie wydawał się zły, ale nie zapominajmy, że to on chciał mnie zabić.
Zjadłam chleb, jeszcze raz przeanalizowałam cały dzisiejszy dzień, po czym zrobiło mi się błogo i w końcu zasnęłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz